"Całkiem niedawno temu., czyli Bawaria Trip"


Był to siedemnasty dzień, piątego miesiąca roku dwa tysiące ósmego. Taaak, to był ten dzień, a dokładniej - była to sobota. Niezwykle słoneczna sobota. O godzinie 19:00 czasu łódzkiego, spotkaliśmy się w tajemniczym i "oryginalnym" miejscu - na parkingu przy dworcu Łódź Fabryczna. Stawili się wszyscy członkowie wesołej ekipy: 40 rozbójników, 2 alibabki, tłumacz, który tłumaczył "ichniejszy" na nasz w tych odległych stronach i... parę minut później przyjechał iście europejski "rydwan", którym mieliśmy odbyć tę podróż. Biała kareta, zaprzęgnięta w ponad 400 rumaków, nad których posłuszeństwem czuwało dwóch muszkieterów (tak, bo w naszej historii jest ich dwóch). Asfalt wręcz topił się, płonął pod kołami naszej maszyny.
Wyruszyliśmy zaraz po stoczeniu krwawych walk o miejsca przy oknie i upchnięciu bagaży. Obraliśmy pierwszy cel. Zmuszeni, by pod osłoną niezwykle mrocznej nocy, przemierzać ziemie niejakiego Jożina, wyruszyliśmy w kierunku Salzburga.
Miasto, w którego nazwę wpisana została sól, a które przekornie kojarzy się przede wszystkim z czekoladkami i tym, noo. Mozartem, nie przywitało nas tak, jak banda rozbójników na to zasługiwała. Pogoda okazała się co najmniej niesprzyjająca. Ale któż z naszej wspaniałej ekipy mógłby się tym przejąć? Wbrew rozsiewanym złośliwie plotkom nie przybyliśmy tam, by się lenić i opalać, a zwiedzać, zwiedzać i jeszcze raz ZWIEDZAĆ!!! (w końcu to praktyki!). A po drugie wszyscy, jako dzieci tej samej matki - NADZIEI, wierzyliśmy, że następnego dnia pogoda okaże się łaskawsza... (i tak każdego poranka, popołudnia, wieczoru, aż do końca wyprawy.)
Pędząc jak szaleni, odhaczając kolejne zabytki z niemającej końca listy, spieszyliśmy się, by zdążyć, by nie uronić ani chwili, by cieszyć się wszystkimi urokami upragnionej, wyjątkowej przerwy. Rozeszliśmy się w cztery strony świata, jak tylko rzucono nam hasło "czas wolny". Ja (Łukasz) wraz z grupą uroczych rozbójniczek i nieco mniej uroczych rozbójników udałem się do najstarszej kawiarenki w mieście. Smaku serwowanej tam gorącej czekolady z rumem nie da się opisać słowami. Chociaż, poczekajcie, może jednak. Nie, to z pewnością niemożliwe.
Po chwili wytchnienia bez mrugnięcia oka i żadnych wątpliwości postanowiliśmy kontynuować podjęty przez siebie maraton. Mimo zmęczenia i usilnie rzucającej nam kłody pod nogi pogody, nie chcieliśmy się poddać. Należymy bowiem do tych, którzy stawiają przed sobą cele tylko w jednym celu - aby je osiągnąć.
We wspomnianym, deszczowym Salzburgu zdążyliśmy jednak całkiem sporo zobaczyć. Był piękny Rynek z jeszcze piękniejszą barokową katedrą, pałac arcybiskupów, którym to właśnie Salzburg zawdzięcza swój niebywały rozwój, były kościoły, klasztory, cmentarz z katakumbami. Na odjezdne jeszcze rzut oka na słynny pałac Mirabell (kolejne dzieło arcybiskupów) i twierdzę Hohensalzburg. I już zmierzaliśmy dalej, do położonego nad jeziorem Chiemsee Rimsting, gdzie w końcu mieliśmy spędzić normalną (nie "autokarową") noc.  
Kolejny dzień naszej sześciodniowej eskapady rozpoczęliśmy niemalże skoro świt, a dla niektórych zmęczonych życiem podróżników był to w zasadzie środek nocy. Lista punktów do realizacji pękała w szwach i wszyscy jak jeden duch czekali na ten jeden wymarzony punkt programu. Rzekłbym gwóźdź. Ba! Nawet rodzynek, wisienka na torcie, truskawka w lampce szampana. Ha! MMMMonachiuuuuummmmm.
Pierwszym inwigilowanym na wskroś obiektem okazał się być monachijski uniwersytet, w którym obcojęzyczni ziomkowie ośmielają się robić nam konkurencję i kształcić się, podobnie jak my, aby zostać jaśniepanami (i jeszcze jaśniej paniami!) hotelarzami. Zostaliśmy ciepło i uroczyście przyjęci przez liczne grono. Eeee, to znaaaczy, nie do końca liczne! Był jedynie tamtejszy pan dyrektor uczelni, profesor i jego asystentka. Jednakże już wkrótce, rzeczony profesor nagle, wyczarował nam grupę słuchaczy naszych referatów i przemówień w liczbie 4 (słownie: CZTERECH!) osób. Mimo to wszyscy byli zadowoleni i wkrótce chyba nawet nawiązalibyśmy jakąś konwersację, gdyby nie to, że owi słuchacze dość szybko uciekli.  Wybaczamy im jednak to małe niedociągnięcie, bo jak się okazało - studenci tej uczelni również odbywali w tym czasie swoje praktyki (i to w Rosji!).
Zaraz potem ruszyliśmy dalej. Gdzie? Mhmm. I jak tu się nie rozmarzyć i z sentymentalnym westchnieniem nie wspomnieć o miejscu, gdzie poznaliśmy, jak ważony jest złoty nektar bogów. Później "delikatna" jego degustacja i "mały" poczęstunek. W jednym ze słynnych monachijskich browarów o nazwie AYING, przyjęto nas tak życzliwie, że doprawdy żal było wychodzić. Najedzeni i napojeni mogliśmy wyruszać dalej z naszą karawaną, bo już z daleka, z utęsknieniem wypatrywały nas wieże Frauenkirche. Zaglądaliśmy tu i ówdzie w tempie błyskawicy. Zobaczyliśmy Stary i Nowy Ratusz. Wszystko chłonęliśmy z wielką ciekawością. Każdą budowlę, plac i miejsce obfotografowaliśmy. Potem szybka herbatka w wysokich progach rezydencji u Wittelsbachów. A jednak nie - niestety czas gonił nas nieubłaganie, więc musieliśmy się zadowolić tylko krótkim rzutem oka na ogród i jedziemy dalej, do domu na kolację przyrządzoną przez naszą wspaniałą Panią Hertę (polska kucharka o niemieckim imieniu, która przyjechała razem z nami!).
Kolejne dni również obfitowały w wiele atrakcji - bo my eksploratorzy ciągle byliśmy głodni nowych wrażeń, zabytków, doznań, widoków. No akurat z tym ostatnim to się troszkę, szczerze przyznam, zagalopowałem! Akurat tego nam na tej wyprawie poskąpiono. Szczuli nas wizją przepięknych górskich panoram, zapierających dech w piersiach krajobrazów, a tymczasem. No cóż, za wredną (dosłownie!) pogodę nikogo obwiniać nie będziemy. Zajeżdżamy na ten przykład w środę na najsłynniejszą wysokogórską trasę alpejską Grossglocknerstrasse w jakże pięknym Tyrolu, jesteśmy u stóp najdłuższego w Austrii lodowca Pasterze, a tam. nic nie widać! Otóż oczami naszej bujnej wyobraźni widzieliśmy wszystko i jęzor jego i pobliskie szczyty. I dokonując niemożliwego, udało się nam zrobić nawet serię całkiem udanych zdjęć. Wspinając się alpejskimi serpentynami, po drodze zwiedzaliśmy miejscowe interaktywne muzea, tak ciekawe, że aż się wyjść nie chciało! (zwłaszcza, że dopiero tu mogliśmy zobaczyć słynne widoki).
Kolejną atrakcją naszej wyprawy było owiane legendami orle gniazdo Kehlstein - reprezentacyjna siedziba Adolfa Hitlera. Zakasując rękawy ruszyliśmy dalej w celu poszukiwania kolejnych emocji. W połowie trasy zmieniamy zgodnie z tutejszym wymogiem, nasze "rumaki" na obce (na szczęście równie reprezentatywne, choć nieco przypominające autobusy niskopodłogowe z miasta Łodzi!). Zajechaliśmy, a tam... cóż, uwierzcie nam, że nawet NASZA WYOBRAŹNIA rozpościerającym się przed nami widokom podołać nie chciała. Z wrażeniem poruszania się wśród masy białych, bardzo białych "prześcieradeł" nie miała szans - wszystko oczywiście przez wszechobecny i wszędobylski śnieg i mgłę. A nasz apetyt wzrastał. Coraz bardziej byliśmy głodni obiecanych sobie nawzajem pejzaży i widoków. W związku z tym - zmiana. Postanowiliśmy zajechać do wspaniałego Parku Narodowego Berchtesgaden i nad brzeg malowniczo w nim położonego jeziora Konigsee. Wszystko pięknie i ładnie wręcz zakochać się można, jednak czas znów nas gonił. Taaak. czas i pogoda były bez wątpienia naszymi największymi wrogami w czasie całej podróży, walczyliśmy z nimi bez wytchnienia. Walczyć - nie zawsze znaczy wygrywać, więc łykając gorycz porażki, poddając się rozkazom bezlitosnych wskazówek zegara musieliśmy przygotować się do powrotu.
Droga powrotna była skrupulatnie zaplanowana. A tu nagle, ni stąd ni zowąd, nieoczekiwanie, wręcz nieprzewidywalnie, nastąpiły trudne do wyjaśnienia i zaskakujące zmiany. Szum nieprzychylnych komentarzy, oznak buntu i zdziwienia podróżników, którzy nie lubią, kiedy coś nie idzie po ich myśli ucichł jednak pod wpływem widoku pięknych, wręcz monumentalnych, wapiennych, alpejskich skał. Uspokoił i wyciszył nawet samego szefa. I tak, przez zwykły przypadek i roztargnienie (w wyniku usilnego poszukiwania supermarketu!), a może raczej za sprawą przeznaczenia, mieliśmy niemały zaszczyt i ogromną frajdę, przemierzać znaną i podziwianą Alpenstrasse. I tak za sprawą pomylonej nieco drogi, zobaczyliśmy przepiękny zakątek austriacko-niemieckich Alp Salzburskich.
Eech, wspaniała eskapada, we wspaniałym gronie, w wyśmienitej atmosferze. Porządny i smaczny kąsek wiedzy. A i owszem, gdyż wiele zobaczyliśmy, wiele się dowiedzieliśmy i nauczyliśmy. Ale żeby nikomu nie pozostał niedosyt, to w drodze powrotnej zajrzeliśmy do - rzec by można "bliźniaczego" niemal miasta naszej Łodzi - Wiednia, europejskiej stolicy o wielkich perłach architektury - pałacach, secesyjnych kamienicach, przepięknie zaprojektowanych ogrodach. Rozprawiać można by godzinami, z trudem odnajdując jednak odzwierciedlające nasz zachwyt słowa. No i te "sacherowskie torciki" podawane z kawunią o pięknej nazwie MELANGE, ma się rozumieć po wiedeńsku.
Wiedeń niewątpliwie "powalił" nas na kolana swoim ogromem, rozmachem, bogactwem. Gotyk katedry św. Stefana, barok kościoła św. Piotra, secesyjny Ankeruhr, reprezentacyjna aleja Kärntner Strasse, czy też Parlament, Votivkirche oraz Opera przy wiedeńskim Ringu to było to! I w końcu w promieniach słońca!!! (niebywałe!).
Hmmm, cóż, w podobnej sytuacji, kiedy to słowa stają się niewystarczające, stawia nas obowiązek opisania całej naszej wyprawy. Tak, to było wspaniałe 6 dni relaksu i zapomnienia, które część z nas na pewno za rok będzie chciała powtórzyć. Ale może tym razem ciesząc się urokami Szwajcarii? Cóż, oby.
P.S. A może Niderlandy???

 

Łukasz Karpiński
Justyna Mokras - Grabowska

Altes Rathaus w Monachium

Ankeruhr - secesyjny zegar w Wiedniu

Bad Reichenhall
Bardziej wiosennie, Grossglocknerstrasse

Cafe Tomaselli w Salzburgu

Chmury, chmury i... chmury!

Ciasteczka w Cafe Tomaselli w Salzburgu

Degustacja w browarze
Detal Katedry św. Stefana, Wiedeń
Dorożki pod Hofburgiem, Wiedeń
Droga Alpejska
Gramy w ruletkę!!
Grossglocknerstrasse - grubość śniegu!!
Grossglocknerstrasse w śniegu
Hazard, hazard...
Hofburg, Wiedeń

Impresje ogrodowe, Schönbrunn, Wiedeń

Indiańskie występy pod katedrą św. Stefana w Wiedniu

Jedyny widok na Kehlstein...
Justyna na tle Karlstor w Monachium
Jęzor lodowca Pasterze
Katedra w Salzburgu
Katedra św. Stefana, Wiedeń
Lustrzany kadr...
Monachium

Muzea na Grossglocknerstrasse

MY nad Königsee

Na terenie Residenz w Monachium

Nad jeziorem w Zell am See

Nad Königsee - w końcu coś widać!

Odwiedziny w browarze Ayinger
Odwiedziny w kurorcie Bad Raichenhall

Ogrody w monachijskiej Residenz

Ogród w Schönbrunn, Wiedeń

Ostrzeżenia o mgłach na autostradzie w Austrii
Pawilon Secesji - tu wszystko się zaczęło
Poczęstunek w browarze Ayinger
Poczęstunek w browarze
Prezentacje naszych studentów w uczelni w Monachium
Przykościelny cmentarz w Salzburgu

Referenci nad Königsee

Robert von Benedykt referuje!
Rozmarzona Szefowa..., nad Chiemsee
Rynek w Monachium
Salzburg pod parasolem

Salzburski Mozart!

Salzburskie domy w skałach

Salzburskie dorożki i... dorożkarz

Schönbrunn, Wiedeń

Serpentyny Grossglocknerstrasse

Smakowanie słodu w Ayinger
Słodkie Mozartkugel, Wiedeń
Takie okazy to była norma, oczywiście w Monachium
Torcik Sachera i Cafe Melange u...Sachera oczywiście!

Twierdza Hohensalzburg

W browarze

W końcu coś widać! Jezioro Königsee

Wizyta w monachijskiej uczelni turystycznej

Zwiedzanie uczelni w Monachium (od lewej asystentka, Pan jan

Zwiedzanie uczelni w Monachium

Zza szyby autokaru
Łukasz jako przewodnik po Monachium

Łukasz w uczelnianej bibliotece, Monachium